Katarzyna Marchlewska: To, że wyśnił Ci się Whaletone już wiemy, ale chciałabym zapytać, co właściwie skłoniło Cię do tego, żeby jednak się rzucić z tą motyką na słońce? Fortepian – instrument święty, wiadomo. Od 200 lat, dla prostego rachunku, był tylko lekko modyfikowany, a Ty nagle wywracasz go całkiem na lewą stronę … Zupełnie, jak ten, co to nie wiedział, że się nie da zrobić, przyszedł i po prostu to zrobił?!

foto: Szymon Polański – polanskistudio.pl
Robert Majkut: Rzadko się zdarza w życiu projektanta, że dostaje od losu taki prezent w postaci pewnej skończonej idei, którą widzi. To nie jest sytuacja oczywista, ani wpleciona w metodykę pracy. Nie można sobie wykalkulować, że pracując nad jakimś projektem dochodzi się do takiego mentalnego poziomu sprawności, w którym – po prostu – widzi się rzeczy kompletne, skończone i w takiej formie, w jakiej nie będzie już żadnego „ale”, zanim się je wszystkie narysuje, zwizualizuje, złoży w całość. Tak się nie dzieje. Zazwyczaj, projektowanie jest takim procesem, w którym warstwa po warstwie następuje po sobie nabudowywanie wiedzy, czy zmian. I to się bardziej buduje przed oczami, niż wewnętrznie. Oczywiście, są takie imaginacje, które powodują, że intuicyjnie widzimy wewnętrznym okiem, jak jest lepiej i dopiero później, kierowani tym impulsem, korygujemy jakiś kurs. Ale tak, żeby pojawił się pomysł, idea, produkt, który widzi się w sposób absolutnie kompleksowy? To nie są sytuacje częste. Bywa, że w ogóle się ludziom nie zdarza, więc niezwykłość takiego zjawiska jest – wydaje mi się – wystarczającym impulsem do tego, żeby go nie lekceważyć.
KM: Czyli to jednak był taki „indiański” impuls – z trzewi, z brzucha?
RM: Trochę tak. To są rzeczy niezwykle unikalne i one – mam wrażenie – niosą ze sobą wewnętrzną siłę, która wynika właśnie z tego, że nawet dla mnie – jako autora tego wdrożenia, bo nawet trudno powiedzieć, czy ja jestem do końca autorem tego pomysłu – są nieco zaskakujące. Whaletone zrodził się jakby samoistnie. Ja jestem tylko transponderem, który z jakiegoś niebytu i olśnienia, wykorzystując swoje doświadczenie i umiejętności sprawił, że Whaletone zaistniał fizycznie. To takie bardzo Frommowskie jest … Istniejemy w jakiejś zbiorowej świadomości, z której czerpiemy czasami jakiś bezpośredni kontakt i to on sprawia, że mamy ogląd szerszy, niż zazwyczaj. I być może to właśnie sprawiło, że zrozumiałem wagę sytuacji? Starałem się tego nie zlekceważyć, a wcale nie był to łatwy proces. Naprawdę. Zajęło to parę lat, zanim koncept stał się rzeczą.

Robert Majkut; foto: Piotr Waniorek
KM: Z czego jest zrobiony Whaletone? Co to są za materiały? Interesuje mnie to, zakładam że to jest jakiś polimer?
RM: Tak. Robimy go z żywic kompozytowych – to materiały, z których wykonana jest zewnętrzna skorupa, no ale oczywiście to nie wszystko. Wewnątrz mamy też drewnianą konstrukcję, która przenosi i usztywnia całość, która jest stelażem konstrukcji wewnętrznej związanej z akustyką, itd., itd., Mamy też parę takich ciekawostek, jak np. „radzieckie” specjalne pianki, które są wykorzystywane w atomowych łodziach podwodnych (śmiech)
KM: Radzieckie pianki specjalne … (śmiech), a to dobre. Do czego służą? Wyciszają drgania?
RM: Służą do tego, żeby panować nad rezonansem powierzchni. Wykorzystujemy tam kilka różnych materiałów do tego, żeby z jednej strony to wewnętrznie wyciszać i zmiękczać, a z drugiej strony, żeby wyeliminować jakiekolwiek przenoszenie drgań powierzchniowych, nawet z takich powierzchni, które teoretycznie tego robić nie powinny. Te rzeczy wiążą się trochę z fizyką pracy głośnika, który pompuje powietrze. Chodzi o to, żeby to się jakoś nie przenosiło na pozostałe elementy, żeby tego nie zniekształcać. Sięgamy po takie kompletnie dalekie obszary.
KM: Jednak jest tam czego szukać, dlatego drążę …
RM: Chociaż – jeśli wziąć pod uwagę pochodzenie projektu – to łódź podwodna nie wydaje się wcale takim odległym związkiem.
KM: To prawda, istnieją pewne podobieństwa.

za klawiaturą Whaletone: Alma Asuai; reżyseria: Piotr Kumik; foto: Paweł Dyllus
KM: Kwestie rozwiązań materiałowych i dopracowywania detali to jedno, ale w tym instrumencie najważniejsze są, wybacz: bebechy… Pomówmy o akustyce tego fortepianu. Głośniki wykonała duńska firma Scan Speak. Kiedy weszłam na ich stronę, pomyślałam sobie, że witryna wygląda, jakby tuż przed Millenium odcięli im Internet, co zresztą często jeszcze jest domeną producenckich stron audiofilskich. Dlaczego akurat Scan Speak, a nie np. Bang Olufsen, Avantgarde Acoustic, nie wiem – jest mnóstwo dobrych firm. Jak to się stało, że faktycznie trafiłeś na nich? Jak ogarnąłeś tę elektroniczną i akustyczną stronę Whaletone?
RM: To nie jest tak, że te dwie rzeczy robi się samodzielnie. Spotykałem się z całym szeregiem osób. Pewnie poszperałaś trochę w audiofilskich informacjach i zdajesz sobie sprawę z tego, że to jest środowisko, w którym nie tylko co człowiek, to opinia, ale czasami – co człowiek, to i 3 opinie. To niezwykle złożony świat. Droga, która się wtedy rozpoczęła, pewnie się już nigdy nie skończy. W ciągłej ewaluacji tego rozwiązania dopracowujemy i dopracowujemy… końca nie ma, i pewnie nie będzie. Z tej prostej przyczyny, że nie ma czegoś takiego, jak ustalony wzorzec. Nie mamy takiego wzorca, jak metr z Sevres, tylko odczucia. Pewne fizyczne parametry też nie dają do końca gwarancji tego, co słyszymy. To są rzeczy niemierzalne. Natomiast są ludzie, którzy zajmują się tym w sposób zawodowy, którzy słyszą niuanse, słyszą jakość, słyszą zniekształcenia, brudy i wiele różnych rzeczy. Weźmy np. stroicieli fortepianu – niby mają takie same uszy, jak my, a jednak słyszą bardziej precyzyjnie, wychwytują wszelkie fałsze. Ludzie zajmujący się akustyką też mają ponadstandardowy poziom wrażliwości słuchowej i ja, pracując z nimi, czy poprawiając konkretne rozwiązania, słucham ich wskazówek dotyczących tego, jakie komponenty stosować. Gdzieś w drodze takiej ewolucji, szukając czegoś, co byłoby akceptowalne na poziomie instrumentu, który chcemy zrobić, skierowano mnie akurat do tej firmy. I tutaj już się przyzwyczaiłem do tego, że bardzo wielu dostawców absolutnie „nie wygląda”, bo nawet nie musi, żeby dostarczać interesujące rozwiązania. A muszę powiedzieć, że myślenie o instrumencie cyfrowym, który jest samogrającym urządzeniem, jest zagadnieniem absolutnie, mega skomplikowanym. Analiza tego, w jaki sposób pracują dźwięki emitowane przez struny w akustycznym fortepianie, jak złożone jest to zjawisko fizyczne, jeśli chodzi o drgania i ich przenoszenie, o wpływ na wszystkie sąsiadujące struny chociażby – „chmury” alikwotowe. To, jak to się zmienia – zarówno z pozycji struny, jak i ulokowania w fortepianie, to są rzeczy tak trudne w kontekście przenoszenia na pewien zdigitalizowany obraz tego dźwięku rozmieszczonego w przestrzeni … To jest naprawdę mega zadanie.
KM: I zawsze jest to reakcja łańcuchowa, prawda? Wystarczy zmienić delikatnie jeden parametr, a za nim od razu idą inne.
RM: No tak! Stosunkowo łatwo jest zasymulować sposób grania fletu czy trąbki, bo to jest instrument niezwykle kierunkowy. On ma jeden punkt, z którego ten dźwięk jest emanowany. Natomiast fortepian ma w środku parę metrów kwadratowych, które grają! I to w różnych miejscach, z różną siłą i częstotliwością …

foto: Szymon Polański
KM: I te parę m² ma na dodatek swoje krzywe i mnóstwo zakątków.
RM: No właśnie. Dźwięki odbijają się jeszcze od klapy, rezonują z płytą od spodu, rezonują na inne struny, których czasami jest trzy, a czasami dwie. To niezwykle skomplikowane zjawisko, więc głośniki, to tylko jeden z drobiazgów, które gdzieś tam trzeba wziąć pod uwagę przy podziale częstotliwości, przy rozmieszczeniu, wielkości, czy zdolności do reprodukcji dźwięku wschodzącego – idącego tak nisko lub tak wysoko – żeby te membrany – chociażby czysto fizycznie – były zdolne do przenoszenia podobnych drgań, czy częstotliwości, które mamy w instrumencie. Fortepian, poza organami, to chyba najszerzej operujący częstotliwościami instrument. I jeszcze te fale, które się jakoś tam rozchodzą – z głośnika punktowo, a już ze struny znacznie szerzej …
KM: I jeszcze interferencje …
RM: Tak. To są złożone zjawiska. Dlatego słucham ludzi, którzy mają na ten temat jakieś pojęcie i trochę polegam na ich rekomendacjach. W zasadzie można powiedzieć, że co model – poprawiamy jakiś parametr. To nie jest constans, że mamy coś raz na zawsze ustalone i po prostu to robimy, tylko za każdym razem dopracowujemy Whaletone znajdując rzeczy, które możemy zrobić jeszcze lepiej i ten proces trwa.
KM: Ech … niełatwo się pracuje z perfekcjonistą … Czy nie boisz się takiego momentu, w którym lepszy okaże się wrogiem dobrego? Nie boisz się, że coś będzie „przemajstrowane”?
RM: Nie wiem, czy można coś przemajstrować, jeżeli człowiek poszukuje jakości? To nie jest obszar, w którym można przesadzić. Moglibyśmy przesadzić, gdybyśmy zaczęli Whaletone’owi dodawać migające diody i spojlery – wtedy byśmy mogli przekombinować. Natomiast na poziomie akustycznym, nieustanne myślenie o rozwoju, który eliminuje pewne niedoskonałości? Wydaje mi się, że trudno tutaj przekombinować. Można popełnić błąd, ale niekoniecznie jest to zły kierunek. Nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi.

foto: Szymon Polański
KM: Grywasz na fortepianie? Masz jakiś background muzyczny, czy jesteś wielbicielem muzyki, po prostu?
RM: W momencie, w którym zaczęła się przygoda z Whaletonem – kompletnie nic. Null. Zero. W ogóle nie byłem jakoś szczególnie instrumentalny, ale świat fortepianu wciągnął mnie absolutnie. Teraz znacznie więcej słyszę. Tak, jak nie słuchałem wcześniej, nie interesowałem się pianistyką, tak teraz – z przyjemnością słucham różnych rzeczy – od awangardowego jazzu, po zupełnie klasyczne koncerty, czy konkurs chopinowski – i słyszę, kto dobrze gra. Zazwyczaj, jak się później okazuje, nie mylę specjalnie z typami w stosunku do tego, jak postrzegają to profesjonaliści zasiadający w jury konkursowym. Oczywiście, tak jak mówiłem – w akustyce, czy w rozumieniu tego, co jest dobrym graniem i brzmieniem – od pewnego poziomu są to już bardzo subiektywne oceny. Jeśli ktoś gra w sposób doskonały technicznie, to zupełnie inne rzeczy zaczynają się robić ważne i dokładnie tak jest też z relacją z instrumentem. Mam swoich ulubionych pianistów i nie będzie pewnie tajemnicą, że wśród polskich muzyków jest to Leszek Możdżer, który zresztą bardzo nam kibicuje.
KM: Leszek jest absolutnie cudny! Dobrze wiedzieć, że Wam kibicuje. Właśnie chciałam zapytać, czy taka opcja, jak Enter Festival w którymś roku wchodzi w grę?
RM: Myślę, że coś takiego zawsze wchodzi w grę. Myślimy o pianistyce w ogóle, bo Leszek – przy całej swojej awangardowości – jest bardzo mocno przywiązany do klasycznych instrumentów strunowych i biorąc pod uwagę to, w jaki sposób i co on gra – wcale mnie to nie dziwi. Przypuszczam, że większość fortepianów cyfrowych nie dałoby rady zagrać tego, co on chce zagrać i nie wyemitowałyby tego, co chciałby usłyszeć, więc ja mu się absolutnie nie dziwię, że jest wierny takiemu rodzajowi instrumentów. My myślimy z Whaletonem trochę o muzykach poszukujących, którzy mogą w swoim repertuarze wykorzystywać pełen potencjał drzemiący w możliwościach, jakie ma Whaletone. O muzykach, którzy w sposób świadomy i celowy wykorzystują różnorodność brzmień i łączą je ze sobą.
KM: Także z elektroniką?
RM: Tak, trochę na pograniczu muzyki pianistycznej i elektronicznej. Są to obszary – wydaje mi się – trochę nieobecne jako instrumentarium solo. Gra na różnych cyfrowych instrumentach, w różnych band’ach, to jest czysta sprawa. Natomiast takich instrumentalistów – nie wiem, jak był Jean Michel Jarre kiedyś, Marek Biliński z Polski, czy Mike Oldfield – w tej chwili tego typu postaci nie ma – trochę szkoda.
KM: czy Pat Metheny – choć to inny rodzaj instrumentów, głównie gitary, ale rozpiętość tych „zabawek” też duża.
RM: Dokładnie! Czy Depeche Mode – zespół, który 4 instrumenty klawiszowe naraz wykorzystywał, tak? To są takie obszary muzyki, których trochę brakuje …

foto: Szymon Polański
KM: Kto jeszcze, oprócz Możdżera?
RM: Mamy zaprzyjaźnionego pianistę, napisał zresztą muzykę do naszej strony internetowej – Krzysia Dysa, który jest wschodzącą gwiazdą polskiego jazzu. I on też sięga po bardzo klasyczny repertuar. Ostatnio wydali fajną płytę z Bachem, na przykład. Grają go tak lekko jazzująco.
KM: Czy Krzysztof Dys pojawia się w piątki w Warszawie Wschodniej, w Shoho Factory,?
RM: Nie, nie. Krzysztof ma już 2 czy 3 swoje projekty i jeden zespół. Gra też z innymi muzykami, jest niezwykle zajętym człowiekiem teraz się okazało (śmiech), więc on nie przyjeżdża. W piątki gramy w takim w miarę stałym składzie, gdzie jestem zapraszany przez Jacka (Jazzka) Brzeszczyńskiego, który opiekuje się artystycznie tymi wydarzeniami. Tam głównie wokaliści się zmieniają. Wokal i piano to jest duet zawsze atrakcyjny dla publiczności. Samo piano jest w niedzielę, w ciągu dnia – buduje piękne tło, natomiast wieczorne koncerty to jest trochę inny format projektu – wymagają tego, żeby jednak był jakiś ‘hotman’ z mikrofonem. Staramy się to uatrakcyjniać, dlatego za każdym razem śpiewa ktoś inny.
Jeśli chodzi o pianistykę – pytałaś, czy ja się jakoś z tym wcześniej zetknąłem – dopóki nie było Whaletone, to nie, ale strasznie mnie korci. Mój syn chodzi na lekcje fortepianu, uczę się z nim, zaglądam mu przez ramię, ale jest lepszy.
KM: Czasami tak jest, „uczeń przerósł mistrza” … Gdzie, oprócz Warszawy, można zobaczyć i posłuchać Whaletone? Przyznam się, że kiedy wypatrzyłam jego bryłę w Internecie, najpierw doznałam lekkiego szoku, po czym natychmiast zaczęłam drążyć temat głębiej, ale to było tak, że raczej na nią wpadłam „organicznie”, sama. Jeszcze nie widziałam tego instrumentu na koncertach w Polsce. Może nie jest tak bardzo nagłośniony, jak zasługiwałby na to?
RM: Trudno mi to oceniać – czy jest, czy nie jest, i czy na to zasługuje? Myślimy o tym, żeby zbudować egzemplarz, który będziemy mogli wypożyczać, bo to są częste pytania i zdziwiłabyś się, kto po to dzwoni. Poznaliśmy rynek na tyle, że mamy tutaj bardzo wielu wiernych fanów marki, którzy nam kibicują, którzy nam gratulowali takiego projektu, którzy uważnie obserwują to, co się wokół niego dzieje. Natomiast Polska nie jest rynkiem takich produktów. To nie jest miejsce, w którym takie produkty się sprzedają. Pewnie, jak sama zauważyłaś, bardzo chętnie widziano by Whaletona na koncertach, bo to zawsze jest widowiskowe. Mówię to z całą odpowiedzialnością i świadomością tego, że Whaletone robi takie sceniczne „wow”, już samym wyglądem. Takie sytuacje bywają i mamy zaproszenia, wcale nierzadko, natomiast podchodzimy do wszystkich zagadnień biznesowo. Jesteśmy wciąż jeszcze młodym zespołem, który tę markę tworzy i buduje. Na razie nie będziemy utrzymywać na własny koszt, do wypożyczeń, które się mogą zdarzyć kilka razy w roku, bardzo drogiego w produkcji instrumentu. Produkcja trwa 3-4 miesiące – taka jest technologia, samo lakierowanie trwa miesiąc (sic!), potrzeba czasu, żeby to mogło się ustabilizować, wyschnąć itd., itd. Również utrzymywanie fortepianu w odpowiednim pomieszczeniu, jego transport, ubezpieczenia, specjalnie pakowanie – to wszystko musi być zapewnione, a to naprawdę kosztowne rzeczy. Już nawet nie dziesiątki, to są setki tysięcy złotych, ale myślimy już nad tym i mam nadzieję, że na początku przyszłego roku taki egzemplarz będziemy mieli. Wtedy zdecydowanie łatwiej będzie nam rozmawiać o dobrych imprezach muzycznych, czy o takich koncertach i myślę, że nie tylko w Polsce, bo zapytania płyną z całego świata. Najwięcej ze Stanów.

foto: Szymon Polański
KM: A jaka jest cena Whaletone? To kwota rzędu wartości nowego Bentleya?
RM: Nie, nie. Ceny się zaczynają od 65.000 Euro za ten mniejszy model Whaletone Grand w wersji Digital, a kończą na stu kilkudziesięciu, w zależności od opcji. Może być i więcej, jeżeli ktoś będzie fantazjował.
KM: Czyli zaczynamy od dobrego nowego samochodu? Dobrego.
RM: Tak.
KM: A Japonia? Czy Japończycy wiedzą o Whaletone?
RM: Tak, wiedzą, natomiast Japończycy mają niezwykle limitowaną przestrzeń. Dla nich ten fortepian jest absolutnie fascynujący, ale jest instrumentem trochę za dużym na ich możliwości. Mieliśmy taką sytuację, że jeden profesor, chyba muzykolog, koniecznie chciał mieć Whaletone w domu, tylko, że już zaczął budować i później nie było go jak do tego domu wprowadzić. To jest naprawdę duży instrument. Mieliśmy też zapytanie od artystów z Japonii, którzy chcieli, żeby Whaletone za trzy tygodnie był w Tokyo, bo będą teledysk kręcić. Takie pytania też mamy. Whaletone pojawił się nawet w japońskiej wersji „Second Life”. Projekt wykreowany przez Japończyków – wprowadzili ten fortepian cyfrowo w wirtualną rzeczywistość i zrobili tam koncert. Zostałem zaproszony na ten koncert Whaleton’a – surrealistyczne doświadczenie. Śmieszne to było, ale fajnie grali. Także, tak – jak najbardziej, Japonia się tym interesuje i myślę, że to jest dla nas bardzo ważne ze względów wizerunkowych. Japończykom podoba się też bardzo koncept wynikający z pewnej historii, która stoi tu w związku. Tam jest bardzo silny proekologiczny nurt związany z ochroną wielorybów (1% wartości każdego egzemplarza Whaletone przeznaczono na ten cel – przyp. red.), więc często to są i takie środowiska. Kiedy widzą nasz projekt, szczególnie, że jest Fundacja wokół, to się tym niezwykle jarają i to jest dla nich fajne.

KM: To bardzo dobrze, właśnie takimi rzeczami ludzie powinni się jarać. Takie jest moje zdanie. A czy fizycznie widziałeś kiedyś takie wielorybie cielsko wynurzające się z lodowatej toni?
RM: Tak.
KM: A więc jednak jest to mocne wrażenie.
RM: To jest sytuacja, która w ogóle zainicjowała sen. To jest przeżycie, które trudno zapomnieć.
KM: Gdzie to było?
RM: W okolicach zachodniej Afryki
KM: Czyli raczej ciepłe wody – tam, gdzie wieloryby faktycznie do rozrodu się szykują … Zawsze chciałam mieć humbaka …
RM: (Śmiech) No, szczerze mówiąc, ja też bym kiedyś chciał doświadczyć takiego kontaktu, że sobie popływam i nurkuję koło takiego wieloryba. To musi być absolutnie zdumiewające.
KM:. A skąd się wzięła za klawiaturą Whaletone zjawiskowa Alma Asuai? Ona jest multiinstrumentalistką, jak mi się wydaje?
RM: Ona jest kontrabasistką, przede wszystkim. Rzeczywiście szukaliśmy kogoś, komu urody nie można odmówić, ale też kogoś, kto – poza atrakcyjnym wyglądem – jest osobą grającą. Tutaj rekomendacja reżysera naszego clipu była bardzo mocna. Uważał, że to ktoś, kto i pięknie gra, i wygląda, a ponadto da filmowi takiego międzynarodowego ducha. To się bardzo fajnie udało. Myślę, że to był dobry wybór. Alma zagrała i wszystko się skleiło w taką fajną, poetycką całość.
za klawiaturą Whaletone: Alma Asuai; Reżyseria: Piotr Kumik; Zdjęcia: Paweł Dyllus
KM: Czego najbardziej potrzebuje w tej chwili Whaletone?
RM: Whaletone, jako duży oceaniczny zwierz, potrzebuje teraz wypłynąć na szerokie wody…
KM: Mam przeczucie graniczące z pewnością, że tak właśnie będzie. Music is the answer …

Reżyseria: Piotr Kumik; Zdjęcia: Paweł Dyllus
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.